Moja historia – dla Wiki, dla Was, dla nas wszystkich
Nazywam się Monika Wilk i jestem mamą od 28 lat. Mój syn, Mateusz, urodził się jako pierwszy – to z nim uczyłam się macierzyństwa, krok po kroku.
Gdy miał 5 lat, ucieszył się na wieść, że będzie miał rodzeństwo. Nasza radość była ogromna, ale nie trwała długo. Już w 20. tygodniu ciąży dowiedzieliśmy się, że Wiki urodzi się chora.
I tak rozpoczęła się zupełnie nowa historia.
Na świat przyszła Wiki – nasza kochana dziewczynka, która od pierwszych chwil potrzebowała znacznie więcej troski, uwagi i siły. Jej niepełnosprawność wpłynęła na całe nasze życie — zmieniła nas, wystawiła na próbę, ale też nauczyła miłości bezwarunkowej.
Życie z niepełnosprawnym dzieckiem to codzienna walka – o zdrowie, o terapię, o system, który często nie działa, ale też o resztki zwyczajności. Przez lata próbowałam ogarniać wszystko – by być matką na 200%, partnerką, opiekunką, terapeutką i wsparciem dla syna, który z czasem coraz mocniej odczuwał, że jego mama musi dzielić siebie na tysiące kawałków.
Mateusz mimo tych wszystkich trudnych chwil wyrósł na cudownego, mądrego i empatycznego człowieka. Ale wiem też, że nosi w sobie wiele niewypowiedzianego bólu, który będzie musiał z czasem przepracować.
Nie mam złudzeń – wiem, że nie będzie mu łatwo w życiu, w relacjach, w decyzji o założeniu rodziny czy zastaniu ojcem. I choć jestem z niego dumna, serce mamy boli, bo chciałabym, żeby jego życie było prostsze niż nasze.
Mój związek przez lata przechodził wzloty i upadki.
Długo walczyliśmy o „nas”, ale z czasem przyszedł moment, w którym musiałam się poddać – dla dobra dzieci, ale też siebie.
Dziś wierzę, że gdyby wtedy było przy nas wsparcie psychologiczne, dostęp do terapii i zrozumienia, może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Bo prawda jest taka, że wiele rodzin w podobnej sytuacji zostaje zupełnie samych.
Zostają bezradni rodzice, których miłość nie wystarcza, jeśli nie towarzyszy jej pomoc.
Zostaje zapomniane rodzeństwo, które w ciszy i samotności przeżywa swoje emocje.
Zostaje mama – zmęczona, bez sił, ale nadal dzielna, choć nie powinna być z tym wszystkim sama.
Zostaje tata – często wycofany, zagubiony, niosący ciężar, którego nie rozumie. Bo nikt go nie nauczył, że może się bać, że może nie wiedzieć, że nie musi zawsze być „silny”. I niestety – często zostaje gdzieś z tyłu.
I właśnie dlatego od zawsze, gdzieś głęboko w sercu, czułam, że przyjdzie taki moment, kiedy założę fundację.
Fundację, która będzie miejscem prawdziwego wsparcia.
Taką, która nie zostawi nikogo z pytaniem: „I co dalej?”
By rodzice nie musieli wybierać między dziećmi.
By rodzeństwo nie czuło się niewidzialne.
By mamy nie zostawały same.
By tata mógł zapłakać, a nie tylko „być silny”.
By dorosły już nastolatek z niepełnosprawnością nie czuł się niepotrzebny — ale wiedział, że ma wartość, że może, że da radę – nawet wtedy, gdy zabraknie najbliższych.
Choć nie było łatwo, spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy przywracali mi wiarę.
Czasem jedno dobre słowo, obecność czy drobny gest sprawiały, że szłam dalej.
To dzięki nim wiem, że dobro istnieje naprawdę – ciche, niewymuszone, prawdziwe.
Spotkałam też anioły bez skrzydeł, które nie tylko mnie podtrzymały, ale i zmotywowały do działania. To właśnie z nimi – razem – podjęliśmy wyzwanie, jakim jest fundacja. Fundacja, która ma odwagę marzyć i zmieniać świat osób z niepełnosprawnością.
Wierzę w siłę wspólnoty.
W siłę miłości, nadziei i wiary.
W to, że nawet jeśli nasze życie potoczyło się inaczej niż planowaliśmy — to wciąż może być piękne.
Dziś jestem tutaj – z Wami i dla Was.
Bo nasze życie się nie skończyło.
Ono trwa. I ma sens.
